„Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej”, czyli hołd dla bohaterki narodowej

Nie da się ukryć, że w ostatnich latach zachwycamy się narodowymi bohaterami. Filmy  i książki, które opowiadają o ludziach walczących z systemem, sprzedają się jak świeże bułeczki. Przykładem mogą być produkcje: „Wałęsa. Człowiek z nadziei” (2013), „Karol – człowiek, który został papieżem” (2005), czy chociażby „Bogowie” (2014).

„Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej”, czyli hołd dla bohaterki narodowej

Kim była Michalina Wisłocka?

Michalina Wisłocka była endokrynologiem, ginekologiem i seksuologiem. Jest autorką znanego poradnika „Sztuka kochania” za pomocą, którego chciała edukować społeczeństwo przede wszystkim w kwestii zabezpieczenia przed niechcianą ciążą. Niestety w latach 70 wydanie książki, poruszającej temat tabu graniczyło z cudem. Panująca w czasach PRL-u cenzura nie pozwalała na opublikowanie „Sztuki kochania”. Kobieta musiała zmagać się z systemem, który w dużym stopniu chciał ocenzurować tekst i usunąć istotne elementy.

Krótko o fabule filmu

„Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej” (2017) została wyreżyserowana przez Marię Sadkowską i jest biografią Michaliny Wisłockiej. Warto zwrócić uwagę na to, że autorem scenariusza jet Krzysztof Rak, tak jak w przypadku „Bogów”, dlatego też w tej produkcji można zauważyć wiele wspólnych elementów. „Sztuka kochania…” nie tylko opowiada jak Wisłocka krok po kroku dążyła do wydania swojej książki, ale również w interesujący sposób prezentuje życie seksuolożki. Twórcy filmu zwracają uwagę widza głównie na elementy biografii, które miały autentyczny wpływ na powstanie poradnika Wisłockiej. Fabuła filmu jest przeplatana elementami, wywołującymi smutek ze szczęśliwym okresem życia kobiety. I mogłoby się wydawać, że produkcje biograficzne są słabe i po prostu mało interesujące. Jednak „Sztuka kochania…” absolutnie do takich nie należy.

Perełki w „Sztuce kochania…”

Przy analizie sposobu wykonania „Sztuki kochania…” należy zacząć od muzyki, która towarzyszy widzom przez cały seans. Ścieżka dźwiękowa zawiera między innymi polskie utwory jazzowe z lat 70 i doskonale wpasowuje się w historie, nadając jej odpowiedniego klimatu. Warto podkreślić, że jest to element, który sprawił, że ten film zdecydowanie różni się od „Bogów”, gdzie muzyka była po prostu zbędna. W Sztuce kochania… z fantastyczną oprawą muzyczną idzie w parze obraz Polski z czasów PRL oraz w początkowych scenach z lat 40.

Twórcy zaskakują widzów, rozpoczynając przedstawienie życia Wisłockiej od momentu jej zmagań w okresie wojennym. Jednakże okazuje się to zabiegiem kluczowym, a pod względem emocjonalnym dosyć istotnym, do zrozumienia faktu, dlaczego kobieta godziła się na romans przyjaciółki z jej mężem. Jeśli już o emocjach mowa; warto zwrócić uwagę na to, że przez cały seans autorzy grają uczuciami widza. Mogłoby się wydawać, że ukazanie burzliwego pożycia małżeńskiego, wiążące się z wewnętrznymi rozterkami Michaliny Wisłockiej oraz żmudnej pracy w wydaniu książki, może rodzić jedynie smutek i współczucie. Nic bardziej mylnego. Twórcy zadbali o to, by dramat nie obciążył zbytnio widza. Początkowe problemy kobiety szybko idą w zapomnienie, gdy oglądający stają się świadkami pięknej historii miłosnej z mężczyzną, który w dużym stopniu przyczynił się do napisania „Sztuki kochania”. Same dialogi wyróżniają się na tle innych filmów biograficznych, ponieważ są ułożone w taki sposób, że nie przeciążają odbiorcy wiadomościami z trudnego życia Wisłockiej. Są proste i momentami potrafią nawet wywołać uśmiech na twarzy widzów. Mimo często pojawiającej się muzyki rozmowy bohaterów słychać bardzo wyraźnie, co w polskich filmach jest niezwykle rzadkie.

Gdzie rozgrywa się akcja „Sztuki kochania…”?

W „Sztuce kochania…” oprócz miejsc akcji osadzonych w budynkach stylizowanych na lata 70 można wyróżnić piękny obraz wsi, który doskonale podkreśla klimat tej produkcji. W pamięć zapadła mi scena, w której główna bohaterka biegnie przez pole, by zdążyć na autobus. Ten piękny kadr daje widzom moment oddechu od obrazu miasta, w którym Wisłocka zmaga się z systemem. Warto dodać, że ujęcia ze „Sztuki kochania…” bardzo przypominają zdjęcia z filmu „Bogowie”. Jednakże wydaje mi się, że u Sadowskiej zdecydowanie jest więcej żywszych kolorów niż w przypadku „Bogów”.

Kreacja bohaterów

Kolejnym istotnym elementem podczas analizy sposobu wykonania filmu jest kreacja bohaterów. Twórcy zadbali o to, by Wisłocką zagrała Magdalena Boczarska, która według mnie doskonale sprawdziła się w tej roli. Również pochwały należą się dobrze znanym w polskich dziełach aktorom drugoplanowym. Na początku obawiałam się, że popularność Piotra Adamczyka, czy Borysa Szyca może przyćmić fabułę i przekaz „Sztuki kochania…”, jednak tak się nie stało. Artyści w świetny sposób wpasowali się w klimat czasów PRL i myślę, że ich sława nie ingeruje w popularność filmu.

Dlaczego warto obejrzeć „Sztukę kochania…”?

Warto poświęcić dwie godziny na seans, który zdecydowanie wyróżnia się na tle innych filmów o polskich bohaterach narodowych. „Sztuka kochania…” to piękna historia o kobiecie, która wraz z innymi kobietami dowodzi, że płeć żeńska może osiągnąć sukces w kraju pod represją władzy. Tworzenie filmów z wartościowym przekazem i jednocześnie w pięknej oprawie muzycznej i zdjęciowej nie należy do łatwych zadań. W przypadku „Sztuki kochania…” udało się połączyć te trzy istotne elementy i stworzyć dzieło godne uwagi nawet wymagających widzów. Film jest już dostępny na Netflixie. Miłego seansu!

Autor: Karolina Herba

Post Author: Redakcja

Dodaj komentarz